Roots Defender w Liverpoolu – relacja
Autor: King_DuBear (24 lipca 2010)
Natty B donosi:
jak jest? wyśmienicie. od powrotu z liverpoolu zdążyliśmy zagrać już w chatce żaka (lublin), natty b zagrał koncert z geto blasta, zrobiliśmy wstępną sesję nagraniową z dajen levi i szykujemy się wspólnie na 10 lipca, na slot art festival w lubiążu koło wrocławia. dzięki, zasad selekta!
a w liverpoolu? jesteśmy zadowoleni. dzięki ance, nungowi i adamowi (eat your greens sound) 19ego zagraliśmy przed Aba Shanti I, po 23ej przez godzinę, najdłużej z supportów, po take over sound system, a przed no fakin’ crew. i pochwalimy się: Aba Shanti I stał za nami i słuchał przez dłuższą chwilę, a pod koniec swojego występu pozdrowił nas ze sceny. jest się czym cieszyć. klub nazywa się the picket, jest w budynku pofabrycznym, wielkim magazynie?, mniej więcej na 600, może więcej, osób, a graliśmy na after party festiwalu africa oye na którym, oprócz zespołów z afryki, wystąpili andrew tosh i michael rose, obaj z towarzyszeniem the rasites, andrew tosh śpiewał the best of peter tosh, a michael rose the best of michael rose. i dobrze. i dobry sound. na after party nasz deejaying był po angielsku, zagraliśmy głównie klasyki, chociaż niekoniecznie te najlepiej znane, z polskich geto blasta “nie wypalaj się” i nauczyliśmy wszystkich śpiewać z nami chant słomy „mam ducha, duch ma mnie” na drum songu. dostaliśmy poważne oklaski, podobało się. wielki big-up dla tych kilku rodaków, którzy przyszli na imprezę i dzielnie pomagali w śpiewaniu zdecydowanie niepolskojezycznym uczestnikom,
dzięki! postawiony sound system brzmiał tłusto, ludzie bawili się bez chwili przerwy, a podczas naszego występu zamknięto drzwi; przepisy health and safety mają srogie i nie wpuszczają więcej niż wolno. wyszliśmy po graniu z klubu na świeże powietrze i nie weszlibyśmy powtórnie do klubu, już zdążyli wpuścić z nas dwie osoby, gdyby nie to, że byliśmy artystami [artystą był natty b, ja tylko naciskałem start/stop - przyp. bw]. tuff. Aba Shanti I grał tylko z kompaktów takie roots, że tańczyliśmy w transie z otwartymi ustami i trzepoczącymi od fal dźwiękowych uszami, brak słów, takie ma wersje; zagrał burning spear i odpadłem, jak ja bym chciał mieć jedną, którąkolwiek! tak, każdy chce dla niego nagrać special. a on jeszcze śpiewa. świetnie śpiewa. zamieniliśmy wiele słów, jest niebywale skromny i sympatyczny. wielki człowiek. o 2ej wszystko się zakończyło, taki przepis, i powędrowaliśmy powoli do domu. jeszcze raz wielkie dzięki dla Anki i Aśki za gościnę!
następnego dnia graliśmy o podobnej porze w django’s riff. zdecydowanie mniej ludzi, tylko rootsowi hardcorowcy, bo studenci już się rozjechali i niedziela i trzeba do pracy po dwóch dniach festiwalu. graliśmy sporo polskich rzeczy i był z nami mc daddy mountain, który deejayował dla nas w prawdziwym old schoolowym stylu. wielka radość, big up, daddy mountain, yes!
liverpool możecie, oczywiście, obejrzeć na google earth, a my polecamy, jeśli droga zawiedzie, international slavery museum, czyli niewolnictwo aż do czasów współczesnych (tak, tak, nadal jeszcze istnieje, również w swoim podstawowym znaczeniu), baaardzo pouczające, zdecydowanie koniecznie, tate gallery i klub cavern, sztuk trzy na tej samej ulicy, w którym występowała sławna czwórka zanim stała się tymi wielkimi the beatles.
serdeczne pozdrowienia,
roots defender sound kolektyw, lublin
- Tagi: liverpool, lublin, Roots Defender, roots defender sound kolektyw
- Brak komentarzy »
- Kategoria: Relacja








Godzina 1 to już początek występu dwójki Brytyjczyków z Bristolu – Dj Strydy i Digistepa, czyli Dubkasm za sterami. Rozpoczęli od hołdu dla nieodżałowanego Yabby You, zmarłego niecałe dwa tygodnie temu. Dj Stryda na początek poczęstował nas rootsami, aby następnie przez dobre półtora godziny masować publikę steppersami. Z bardzo dobrej płyty “Transform I” zagrali m. in From the Fundation, Respeck, Babylon Ambush czy City Walls. Nie zabrakło też starszego kawałka Dub Judah Babylon is a trap oraz totalnej dla mnie niespodzianki w postaci singla Abassi & Vibronics. Wspomnieć trzeba iż każdy kawałek był grany wraz z wersja dubową, a wtedy najczęściej Digistep łapał za saksofon przygrywając piękne melodie, po prostu miód na uszy. Dj Stryda zapowiadał każdy numer podobnie jak ma to miejsce w jego audycji Sufferah’s Choice, przez co cały set pięknie układał się w całość. Po tych kilku godzinach w świątyni dubu przez dłuższy czas odczuwałem szum w uszach, lecz nie był on aż tak dokuczliwy jak na koncercie Zion Train w Katowicach widać, że Dubseed wie co robi gdy podkręca bas. Jeśli tak cudownie zaczyna nam się ten nowy rok to strach pomyśleć co będzie dalej. Wielkie dzięki dla organizatorów za tą imprezę – jako dubmassive.org jesteśmy dumni że mogliśmy być patronem tejże imprezy!


Początek wieczoru należał do Fiftifiti, reprezentującego skład gospodarzy – Dub Lovin Criminals. W swojej selekcji, głównie dubstepowej, znalazł miejsce na steppersy produkcji Kanki. W dalszej części wspomogli go koledzy z DLC, którzy skutecznie rozgrzewali publikę przed najważniejszym występem wieczoru. Jeszcze przed Radicalem Guru wystąpił jego kolega Spetz. Reprezentuje on zarówno Word Bass Cluture, do którego należy też sam Radical Guru, jak i Dub Lovin Criminals. Po mniej więcej godzinnym dubstepowym secie Spetza, pojawił się Radical Guru. Zagrał on większość swoich produkcji, które wydał label Dubbed Out, a także ekskluzywne nagrania. Jeden kawałek puszczał aż w 3 innych wersjach, przy tym wszystkim bawił się równie dobrze jak zgromadzona w klubie publiczność. Mimo dość później pory Radical był bardzo żywiołowy, czym zarażał wszystkich wokół. Półtora godzinny set, głównie dubstepowy, był tak energiczny, że minął bardzo szybko i aż żal było patrzeć jak Radical opuszcza scenę. Cieszę się bardzo, że dubmassive.org mogło być patronatem tej zacnej imprezy, i z tego miejsca dziękujemy całej ekipie Dub Lovin Criminals za taką możliwość i za gościnę. Teraz pozostaje nam czekać na kolejną odsłonę imprezy, ale to dopiero w nowym roku.






